13 października 1943 r. AK wykonuje wyrok Polskiego Państwa Podziemnego na Martinie Fuldnerze za zlecenie mordu na rodzinie Horodyńskich

©Fundacja "KEDYW"

Dworek Myśliwski rodziny Lubomirskich w Charzewicach, miejsce wykonania wyroku na Martinie Fuldnerze.

W październiku 1943 r. dowódca Kedywu Komendy Głównej Armii Krajowej gen. Emil August Fieldorf ps. „Nil” wydał rozkaz wykonania Akcji „F”. Celem akcji było wykonanie wyroku Polskiego Państwa Podziemnego na niemieckim zarządcy majątku Lubomirskich Martinie Fuldnerze, który zlecił mord na rodzinie Horodyńskich w Zbydniowie, koło Stalowej Woli.


O mordzie na rodzinie Horodyńskich tutaj…


Emil August Fieldorf ps. „Nil” zlecił planowanie i wykonanie akcji Akcji „F” żołnierzom warszawskiego Kedywu Komendy Głównej oraz partyzantom ze Świętokrzyskiego Zgrupowania Partyzanckiego Jana Piwnika „Ponurego”. Sam Jan Piwnik w akcji nie mógł wziaść udziału więc oddelegował dwóch żołnierzy ze swojego oddziału by wsparli ocalałego w mordzie Zbigniewa Horodyńskiego ps. „Fredro” oraz jego partnera Mieczysława Horocha ps. „Jodła” z warszawskiego Oddziału Specjalnego „Osjan” KG AK. Podczas akcji w.w. byli wspomagani i obstawiani przez żołnierzy rozwadowskiej placówki AK „Wilcze Łyko”, rozwadowskiego Kedywu oraz oddziału dywersyjnego Narodowej Organizacji Wojskowej (NOW) Henryka Paterka ps. „Lew”. W akcji wykorzystano niemiecki mundur kapitana Luftwaffe zdobyty wcześniej w akcji w Rozwadowie na „Kokoszej Górce” przez oddział dywersyjny NOW Henryka Paterka.


O akcji na „Kokoszej Górce” tutaj…


Przebieg Akcji „F” opisał partyzant Aleksander Łempicki ps. „Łukomski” ze Zgrupowania Partyzanckiego „Ponurego” na łamach „Tygodnika Wiadomości” wydawanego w Londynie w 1947 r. Poniżej treść tej mało znanej relacji:

Fuldner nie czuł się jednak bezpieczny. Wielu Niemców przestało utrzymywać z nim stosunki, poza tym obawiał się wymiaru sprawiedliwości ze strony polskiej. Ze swego domu na przedmieściach Rozwadowa przeniósł się do Stalowej Woli. Po pewnym czasie wrócił i mieszkał z 25 żandarmami. Mijały miesiące – nic się nie działo. Czujność jego zaczęła maleć. Żandarmów wyprawił i zaczął prowadzić dawny tryb życia.

Nadeszła jesień. Sprawa Fuldnera rozpatrzona została dokładnie przez Kierownictwo Walki Cywilnej. Komendant Kedywu wydał zgrupowaniu partyzanckiemu por. „Ponurego” rozkaz wykonania akcji na Rozwadów. Akcja ta nosiła kryptonim „F”. W myśl rozkazu, miano opanować Rozwadów na okres czasu, potrzebny do publicznej egzekucji Fuldnera. Miał on zostać powieszony na rynku, a rodzina, składająca się z żony i syna, rozstrzelana. Stało się jednak inaczej. Zorganizowanie akcji „F” okazało się w owym czasie niemożliwe. Wykonanie wyroku na Fuldnera powierzono czterem ludziom: „Fredrze” (Zbigniew Horodyński – przyp red.), jego nierozłącznemu towarzyszowi „Jodle” dowodzącemu tą akcją, „Albinowi” i piszącemu te wspomnienia. Rola moja miała znaczenie: dziwnym trafem, byłem jedynym mówiącym po niemiecku.

W pierwszych dniach października 1943 czterech ludzi zjawiło się w nocy u gajowego w lasach zbydniowskich. Stary Fajka, który długi czas przechowywał u siebie „Fredrę” i Andrzeja po ich ocaleniu, ucieszył się serdecznie. Ci prości ludzie nie znali strachu, pomimo że zdawali sobie dobrze sprawę, na co się narażają. Bezbronni, związani rodziną i domem, ryzykowali znacznie więcej niż my. Bezimienni, szarzy bohaterowie sprawy. Imponował mi dziesięcioletni syn Fajki. Gdy raz zapytałem ojca w jego obecności, czy aby malec nie wygada się przed rówieśnikami, kogo to tata w domu przechowuje, obraził się do tego stopnia, że nawet nie chciał wyczyścić mi „visa”. Uprzednio potrafił zabiegać o to godzinami.

Pobyt nasz w leśniczówce trwał tydzień. Należało rozpatrzeć się w terenie i obmyśleć rozsądny plan działania. Miejscowe władze z komendantem obwodu na czele nie bardzo kwapiły się do pomocy. Nie żądaliśmy od nich wiele – jedynie wiadomości o ruchach Fuldnera. Po pewnych trudnościach dwójkarz podobwodu otrzymał rozkaz udzielenia nam potrzebnych informacji. Zjawiał się regularnie dwa razy na dzień. O ile dobrze pamiętam, miał pseudonim „Długi”. Poczciwe, ale strasznie ospałe chłopisko. Pewnego razu wszystko już było gotowe. Mieliśmy przejść ok. 8 km lasem, by znaleźć się na wysokości domu Fuldnera, odległego o jakieś 800 m od skraju lasu. Tam miał czekać „Długi” z ostatnimi wiadomościami. Czekał rzeczywiście, ale po to, by oświadczyć, że Fuldnera od dwóch dni nie ma w domu.

Dni mijały, zaczynało się robić nudno. „Długi” pod naszym naciskiem zdwoił wysiłki. Nadszedł 13 października. Ranek minął bez żadnych wieści. „Długi” zwykł zjawiać się w południe i o 5-ej. Postanowiliśmy złożyć mu ultimatum w wypadku gdyby przyszedł z niczym – damy sobie radę bez niego. Przyjechał gdy kończyliśmy obiad. Zważywszy że nie miał okularów na nosie (zwykł je zdejmować w rzadkich chwilach ożywienia), wiadomości musiały być niecodzienne. Według doniesień ogrodnika, Fuldner wrócił właśnie z dwoma gośćmi z objazdu swoich rozległych dóbr. Ponoć jakieś grube ryby z Krakowa. Byli na obiedzie i mają nocować u Fuldnera. Nie było się nad czym zastanawiać, umówiono miejsce i godzinę spotkania z „Długim”.

Słońce zachodziło, gdy stanęliśmy na krawędzi lasu. Domu Fuldnera nie było widać, otoczony był bowiem dużym parkiem. Od parku dzieliło nas 10 minut marszu przez rzadko zabudowane osiedle robotnicze, tory i szosy. Jedynym nieprzyjemnym szczegółem był posterunek Bahnschutzu, położony w pobliżu. Kompania żandarmerii, stojąca w środku miasta, odległa o kilometr, nie była niebezpieczna. „Długi” nie dał na siebie długo czekać, zjawił się, niosąc pod pachą dużą paczkę. Ku naszemu zdziwieniu wydobył z niej mundur oficera niemieckiego i kapelusz tyrolski. Powiększało to ogromnie szanse wtargnięcia do domu Fuldnera bez wszczynania niepotrzebnego hałasu. Mundur wyśmienicie leżał na „Fredrze”. Ja, w uznaniu mojej znajomości niemieckiego, otrzymałem kapelusz. „Jodła” dał mi swój zielony płaszcz, zdaje się, do złudzenia przypominałem Volksdeutsch’a.

Zmrok zapadał szybko. Nie można było jednak rozpoczynać żadnej akcji przed nastaniem ciemności. Postanowiłem pójść z „Długim” w kierunku siedziby Fuldnera, by zorientować się nieco w drodze i przejściu przez tory. Reszta miała czekać ukryta w lesie. Po kilku minutach doszliśmy do szosy. Panował duży ruch. Robotnicy na rowerach wracali z pracy. Minął nas patrol żandarmerii. Z daleka obejrzałem bramę wiodącą do ogrodu i wypytałem „Długiego” o wszelkie szczegóły, mogące mieć dla nas pewne znaczenie. Po niespełna godzinie byliśmy z powrotem. Czekaliśmy już tylko na Jaśka, specjalistę od przecinania drutów telefonicznych. Zjawił się niebawem, należało ruszać.

Skręciliśmy w aleję wiodącą wzdłuż ogrodzenia. Jasiek szedł pierwszy. Biało pomalowana brama wjazdowa poczęła wyłaniać się z ciemności. Była otwarta. Jasiek przystanął i ruchem ręki wskazał na wysoki słup telefoniczny, stojący opodal, po czym zaczął wyciągać przybory ze swojej torby. Powoli, jak gdyby opieszale, przywiązawszy słupołazy do butów. „Jodła” dawał mu ostatnie instrukcje: – jak ma alarmować, w jakim wypadku i gdzie ma na nas czekać.

„Oni mnie będą uczyć – myślał Jasiek. – Lepiej by dali jakąś robotę, nie to ciągłe przecinanie drutów”. Gdzie tylko trzeba jakieś druty przeciąć, zaraz go wołają: „Masz bracie gwizdek, w najlepszym razie jeden granat, i właź na słup”. A to wszystko przez to, że ojciec pracuje na poczcie. W dzień naprawia druty, które on, Jasiek, przecina w nocy. Stary klnie, bo w ostatnich czasach roboty się namnożyło. Jasiek klnie, bo mu ta robota nie w smak. Zapiął drugi słupołaz i powoli, szeroko rozstawiając nogi, ruszył w kierunku słupa. Jodła pociągnął mnie za rękę – weszliśmy w bramę. Zrobiło się wilgotno i znacznie ciemniej.

Księżyc ledwo przeświecał przez konary drzew i gęste krzaki. Byle tylko stróż się nie na pętał, myślałem, jak gdyby to była wyprawa po cudze jabłka. Aleja skręcała dużym łukiem i w dali kończyła się czymś w rodzaju dziury wybitej w ciemności. Przed nami stał dom, oświetlony księżycem; wyglądał strasznie biały, jak trup. Panowała niezmącona cisza, z dala tylko dolatywało dudnienie pociągu.

– Musimy obejść dookoła, – szepnął „Fredro”, – wejście kuchenne jest z tamtej strony.

Przypomniałem sobie, że rzeczywiście „Długi” mówił o wejściu kuchennym jako odpowiednim dla takich gości jak my. Ruszyliśmy. Cicho, na palcach, posuwając się pod domem. W jednym oknie paliło się światło, widać je było przez szczelinę w okiennicy. Byliśmy u węgła. Wychyliłem się i ujrzałem o dziesięć kroków otwarte drzwi. Szeroka smuga światła kładła się daleko, aż na trawnik. Pod murem, trzymając się cienia, podeszliśmy bliżej. „Fredro” pierwszy, ja za nim.

– No, ruszaj, lajtnant! – trąciłem go łokciem.

Poprawił czapkę, pas i powolnym krokiem wszedł na cztery stopnie schodów. Zapukał w szybę. Stojąc tuż za nim widziałem jasno oświetlony korytarz, na końcu jakąś wielką roślinę – zdaje się palmę. „Fredro” zapukał po raz drugi – otworzyły się drzwi z prawej strony. Ukazała się czarno ubrana kobieta w białym fartuchu. Podeszła bliżej, rozpoznając niemiecki mundur. Drzwi skrzypnęły, a ona – uśmiechnięta – ruchem ręki zapraszała nas do wnętrza.

– Was wünschen Sie? (czego panowie sobie życzą)

Weszliśmy wszyscy, jeden po drugim. Pamiętam zdziwiony wzrok i widzę jeszcze jej blednący uśmiech. Cofnęła się o dwa kroki. Czyżby mundur niemieckiego oficera i mój tyrolski kapelusz skończyły już swoją rolę?! Być może, twarze nie wróżyły nic dobrego, choć słowo jeszcze nie padło. Biorąc ją za rękę, spytałem, czy jest Niemką. Skinęła głową. Miałem do niej wielką prośbę. Nie potrzebuje się niczego obawiać, byle tylko była cicho. Wydawała się być rozsądna, zresztą zrozumiała już wszystko.

– Fuldner w domu? – spytałem.

– Tak, ma nawet gości, przyjechało dwóch panów z Krakowa.

– Kto poza tym jest w domu?

– Syn, kucharka, szofer i ja – nikogo więcej. Frau Fuldner pojechała do Rozwadowa, powinna zaraz wrócić. Pan Fuldner jest w salonie z gośćmi, ostatnie drzwi na lewo w głębi korytarza, reszta w kuchni.

– Czy jest drugie wejście do tego salonu?

– Owszem, tędy – wskazała ręką.

– Trzeba przejść przez dwa pokoje.

W tej chwili, w drzwiach wiodących do kuchni stanął chłopiec, mały, gruby blondas. Tyrolskie ubranko z rogowych guzikami i białe skarpetki z pomponami. Widziałem takich, jak kamieniami okładali polskie dzieci w Warszawie. Tyrolczyk widać zauważył, że każdy z nas trzymał broń. Błyskawicznym ruchem ciężka łapa „Albina” zdławiła krzyk.

Czasu do tracenia nie było. Spojrzeniami rozdzieliliśmy role. „Jodła” zniknął w kuchni, popchnąłem za nim służącą. Albin wciągnął malca do pokoju po przeciwnej stronie korytarza. Z „Fredrą” ruszyliśmy do salonu. Z trzaskiem otwarły się drzwi.

– Hände hoch! – „Fredro” stanął z wyciągniętym „visem”.

Jednym spojrzeniem ogarnąłem pokój. Panował półmrok. W rogu przy stole, oświetlonym stojącą lampą, siedziało trzech mężczyzn. Przed nimi stosy papierów i porozkładane mapy. Trzy głowy jednocześnie odwróciły się w naszą stronę.

– Hände hoch! – ryknął „Fredro” już po raz drugi.

Oni jak gdyby nie wierzyli. Środkowy, uprzednio siedzący tyłem, powoli zaczynał unosić się z fotela. Nie dawał wiary własnym oczom. Na co ten oficer sobie pozwala? Ręce jednak same szły w górę, a cygaro padło na puszysty dywan.

„Fredro” stał na środku pokoju z wymierzonym „visem”. Tamci dwaj już się wyciągnęli jak struny. Zapaliłem górne światło. Telefon na biurku – niepotrzebna ostrożność, ale jedno szarpnięcie i było po nim. Podszedłem do Fuldnera:

– Masz broń?

Ma. Wyciągnąłem mu z kieszeni maleńką szóstkę.

– Widać czujesz się bezpiecznie, skoro tylko taką nosisz?!

Przyznał mi rację – dlaczegóż by nie miał czuć się bezpiecznie? Spytałem go o dokumenty. Były w biurku i portfelu. Ale pieniędzy nie ma, zaznaczył pośpiesznie.

– Psu na buty twoje pieniądze!

Zabrałem się do opróżniania wartości dwóch szuflad, gdy nagle z wrzaskiem wpadł do pokoju malec, który wyswobodziwszy się widocznie z uścisku „Albina”, schował się pod fotel, za ojca. Ryczał jak obdzierany ze skóry. Kazałem ojcu go uspokoić. Po chwili osiągnęło to pewien skutek.

Trzej Niemcy, na rozkaz, pokornie ułożyli się na podłodze, twarzami zwróceni do ziemi, ręce wyciągnięte. Tymczasem w pokoju zgromadzili się już wszyscy. „Jodła” przyprowadził całe towarzystwo z kuchni. Stojąc w rogu pokoju, zbici w małą gromadkę, wyglądali bardzo wystraszeni.

Wyciągnąłem z kieszeni plik wyroków, wypisanych po niemiecku. Powoli zacząłem czytać. Zrobiło się zupełnie cicho. Słyszałem tylko ciężki oddech Fuldnera i mój własny, jakoś dziwnie brzmiący głos. Pomimo wszystko nie przywykłem do tej roli. W pewnej chwili Fuldner mi przerwał.

– Ich bin nicht schuldig, ich bin nicht schuldig (nie jestem winien) – bełkotał.

Zwróciłem mu uwagę, że nie pora teraz o tym dyskutować. Zamilkł.

Bez słowa wysłuchał litanii swoich zbrodni oraz wyroku, głowę tylko głębiej wciągnąwszy w ramiona.

Dwum pozostałym Niemcom oświadczyłem, że nie mają się czego obawiać, że nic im się nie stanie. Obaj podnieśli zdziwiony wzrok – nie dowierzali moim słowom: już się żegnali z tym światem. Dodałem, że mają zawiadomić policję nie wcześniej niż w pół godziny po naszym wyjściu. Oddadzą jej jedną kopię wyroku. Niech powiedzą również, że Polacy działają w myśl sprawiedliwości. Najlepszym tego dowodem, że będą żyli. Jeżeli musimy odwoływać się do odwetu na kobietach i dzieciach, to dlatego, że nie ma innej rady. Może to Niemców powstrzyma od mordowania naszych – mówiłem.

„Albin” i „Jodła” stali w zamyśleniu. Fredro oglądał pistolet. Należało już kończyć. Rzut oka na zegarek przekonał mnie, że byliśmy w tym domu około kwadransa. Usłyszałem trzask kurka. „Fredro”, powoli jak gdyby na zwolnionym filmie, podnosił rękę do góry. Głowa Fuldnera schowała się całkiem między ramiona, twarzy nie można było dostrzec, palce kurczowo wpijały się w miękki dywan.

Huknął strzał. Krew bryznęła niemal na moją wysokość. Odpowiedziały mu dwa inne, zlane niemal w jeden. To „Albin” posyłał syna w ślad za ojcem. Szyby zadzwoniły w oknach.

Wybiegliśmy z domu, ciągnąc za sobą przerażonego szofera. W garażu stały dwa samochody, Mercedes Fuldnera i drugi, owych Niemców z Krakowa. Okazało się jednak, że nie ma kluczy od Mercedesa. Fuldner je zabrał. Trzeba było rozpalać motor (na gaz drzewny) drugiego samochodu. Mieliśmy trochę czasu – należało wtedy doczekać się przyjazdu Frau Fuldner. Z szoferem wypchnąłem samochód przed garaż. Zapaliliśmy gaz. Płomień buchnął aż zrobiło się jasno. Po kilku minutach można było zapuścić motor. Szofer udzielił mj wskazówek, jak obchodzić się z gazem. Najważniejsze, żeby motor nie wystygł – wtenczas trzeba rozpalać na nowo. Bez świateł, powoli ruszyłem w kierunku bramy. Na zakręcie „Jodła” o mało nie wpadł na maskę. Skręciłem w bok i wyskoczyłem z samochodu.

– Coś jedzie od Rozwadowa!

Pobiegliśmy razem. Z dala dojrzałem stojący już powóz. Słychać było parskanie koni. „Fredro” i „Albin” prowadzili Frau Fuldner pod rękę. Osłupiała i nie rozumiała, o co chodzi. W krótkich słowach powtórzyliśmy jej treść wyroku.

– Mój mąż jest winien – to nie ja!

Dwa strzały zagłuszyły krzyk. Trupa przeniesiono z drogi na trawę. Pędem wróciłem do samochodu. Motor zgasł, o rozpalaniu nie było mowy. Po strzałach na dworze policja mogła być w każdej chwili. W najlepszym razie Bahnschutz, którego posterunek znajdował się opodal ogrodu. Nie było się co namyślać.

„Jodła” wskoczył na kozioł, my – do powozu. Konie ruszyły galopem. Byle tylko przejechać tory. Na szczęście były wolne. Gnaliśmy wzdłuż szeregu domków robotniczych. Czerń lasu zbliżała się coraz bardziej. Na skraju zatrzymaliśmy się na chwilę. Jasiek wysiadł, miał stąd blisko do domu. Krótki uścisk ręki, i „Jodła” zaciął konie. Ogarnęła nas ciemność. Z tyłu za nami niebo rozświetlało się jedną, drugą rakietą. Jechaliśmy długo – może godzinę, nikt nie wymówił słowa.

Wyrok na Martina Fuldnera i jego rodzinie nie przeszedł bez echa, wkrótce Niemcy w odwecie rozstrzelali w egzekucji 25 polskich więźniów w pobliżu charzewickiego dworku.

cdn…

Aleksander Łempicki ps. "Łukomski" ze Zgrupowania Partyzanckiego "Ponurego". Zdjęcie z 1979 r. (foto: biega.com)

Aleksander Łempicki ps. „Łukomski” ze Zgrupowania Partyzanckiego „Ponurego”. Zdjęcie z 1979 r. (foto: biega.com)

MW/Fundacja KEDYW

Bibliografia: Archiwum Muzeum Kierownictwa Dywersji Armii Krajowej (w organizacj), Tygodnik Wiadomości 28 września 1947 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *