13 października 1943 r. AK wykonuje wyrok Polskiego Państwa Podziemnego na Martinie Fuldnerze za zlecenie mordu na rodzinie Horodyńskich

┬ęFundacja "KEDYW"

Dworek My┼Ťliwski rodziny Lubomirskich w Charzewicach, miejsce wykonania wyroku na Martinie Fuldnerze.

W pa┼║dzierniku 1943 r. dow├│dca Kedywu Komendy G┼é├│wnej Armii Krajowej gen. Emil August Fieldorf ps. „Nil” wyda┼é rozkaz wykonania Akcji „F”. Celem akcji by┼éo wykonanie wyroku Polskiego Pa┼ästwa Podziemnego na niemieckim zarz─ůdcy maj─ůtku Lubomirskich Martinie Fuldnerze, kt├│ry zleci┼é mord na rodzinie Horody┼äskich w Zbydniowie, ko┼éo Stalowej Woli.


O mordzie na rodzinie Horody┼äskich tutaj…


Emil August Fieldorf ps. „Nil” zleci┼é planowanie i wykonanie akcji Akcji „F” ┼╝o┼énierzom warszawskiego Kedywu Komendy G┼é├│wnej oraz partyzantom ze ┼Üwi─Ötokrzyskiego Zgrupowania Partyzanckiego Jana Piwnika „Ponurego”. Sam Jan Piwnik w akcji nie m├│g┼é wzia┼Ť─ç udzia┼éu wi─Öc oddelegowa┼é dw├│ch ┼╝o┼énierzy ze swojego oddzia┼éu by wsparli ocala┼éego w mordzie Zbigniewa Horody┼äskiego ps. „Fredro” oraz jego partnera Mieczys┼éawa Horocha ps. „Jod┼éa” z warszawskiego Oddzia┼éu Specjalnego „Osjan” KG AK. Podczas akcji w.w. byli wspomagani i obstawiani przez ┼╝o┼énierzy rozwadowskiej plac├│wki AK „Wilcze ┼üyko”, rozwadowskiego Kedywu oraz oddzia┼éu dywersyjnego Narodowej Organizacji Wojskowej (NOW) Henryka Paterka ps. „Lew”. W akcji wykorzystano niemiecki mundur kapitana Luftwaffe zdobyty wcze┼Ťniej w akcji w Rozwadowie na „Kokoszej G├│rce” przez oddzia┼é dywersyjny NOW Henryka Paterka.


O akcji na „Kokoszej G├│rce” tutaj…


Przebieg Akcji „F” opisa┼é partyzant┬áAleksander ┼üempicki ps. „┼üukomski” ze Zgrupowania Partyzanckiego „Ponurego” na ┼éamach „Tygodnika Wiadomo┼Ťci” wydawanego w Londynie w 1947 r. Poni┼╝ej tre┼Ť─ç tej ma┼éo znanej relacji:

Fuldner nie czu┼é si─Ö jednak bezpieczny. Wielu Niemc├│w przesta┼éo utrzymywa─ç z nim stosunki, poza tym obawia┼é si─Ö wymiaru sprawiedliwo┼Ťci ze strony polskiej. Ze swego domu na przedmie┼Ťciach Rozwadowa przeni├│s┼é si─Ö do Stalowej Woli. Po pewnym czasie wr├│ci┼é i mieszka┼é z 25 ┼╝andarmami. Mija┼éy miesi─ůce – nic si─Ö nie dzia┼éo. Czujno┼Ť─ç jego zacz─Ö┼éa male─ç. ┼╗andarm├│w wyprawi┼é i zacz─ů┼é prowadzi─ç dawny tryb ┼╝ycia.

Nadesz┼éa jesie┼ä. Sprawa Fuldnera rozpatrzona zosta┼éa dok┼éadnie przez Kierownictwo Walki Cywilnej. Komendant Kedywu wyda┼é zgrupowaniu partyzanckiemu por. „Ponurego” rozkaz wykonania akcji na Rozwad├│w. Akcja ta nosi┼éa kryptonim „F”. W my┼Ťl rozkazu, miano opanowa─ç Rozwad├│w na okres czasu, potrzebny do publicznej egzekucji Fuldnera. Mia┼é on zosta─ç powieszony na rynku, a rodzina, sk┼éadaj─ůca si─Ö z ┼╝ony i syna, rozstrzelana. Sta┼éo si─Ö jednak inaczej. Zorganizowanie akcji „F” okaza┼éo si─Ö w owym czasie niemo┼╝liwe. Wykonanie wyroku na Fuldnera powierzono czterem ludziom: „Fredrze” (Zbigniew Horody┼äski – przyp red.), jego nieroz┼é─ůcznemu towarzyszowi „Jodle” dowodz─ůcemu t─ů akcj─ů, „Albinowi” i pisz─ůcemu te wspomnienia. Rola moja mia┼éa znaczenie: dziwnym trafem, by┼éem jedynym m├│wi─ůcym po niemiecku.

W pierwszych dniach pa┼║dziernika 1943 czterech ludzi zjawi┼éo si─Ö w nocy u gajowego w lasach zbydniowskich. Stary Fajka, kt├│ry d┼éugi czas przechowywa┼é u siebie „Fredr─Ö” i Andrzeja po ich ocaleniu, ucieszy┼é si─Ö serdecznie. Ci pro┼Ťci ludzie nie znali strachu, pomimo ┼╝e zdawali sobie dobrze spraw─Ö, na co si─Ö nara┼╝aj─ů. Bezbronni, zwi─ůzani rodzin─ů i domem, ryzykowali znacznie wi─Öcej ni┼╝ my. Bezimienni, szarzy bohaterowie sprawy. Imponowa┼é mi dziesi─Öcioletni syn Fajki. Gdy raz zapyta┼éem ojca w jego obecno┼Ťci, czy aby malec nie wygada si─Ö przed r├│wie┼Ťnikami, kogo to tata w domu przechowuje, obrazi┼é si─Ö do tego stopnia, ┼╝e nawet nie chcia┼é wyczy┼Ťci─ç mi „visa”. Uprzednio potrafi┼é zabiega─ç o to godzinami.

Pobyt nasz w le┼Ťnicz├│wce trwa┼é tydzie┼ä. Nale┼╝a┼éo rozpatrze─ç si─Ö w terenie i obmy┼Ťle─ç rozs─ůdny plan dzia┼éania. Miejscowe w┼éadze z komendantem obwodu na czele nie bardzo kwapi┼éy si─Ö do pomocy. Nie ┼╝─ůdali┼Ťmy od nich wiele – jedynie wiadomo┼Ťci o ruchach Fuldnera. Po pewnych trudno┼Ťciach dw├│jkarz podobwodu otrzyma┼é rozkaz udzielenia nam potrzebnych informacji. Zjawia┼é si─Ö regularnie dwa razy na dzie┼ä. O ile dobrze pami─Ötam, mia┼é pseudonim „D┼éugi”. Poczciwe, ale strasznie ospa┼ée ch┼éopisko. Pewnego razu wszystko ju┼╝ by┼éo gotowe. Mieli┼Ťmy przej┼Ť─ç ok. 8 km lasem, by znale┼║─ç si─Ö na wysoko┼Ťci domu Fuldnera, odleg┼éego o jakie┼Ť 800 m od skraju lasu. Tam mia┼é czeka─ç „D┼éugi” z ostatnimi wiadomo┼Ťciami. Czeka┼é rzeczywi┼Ťcie, ale po to, by o┼Ťwiadczy─ç, ┼╝e Fuldnera od dw├│ch dni nie ma w┬ádomu.

Dni mija┼éy, zaczyna┼éo si─Ö robi─ç nudno. „D┼éugi” pod naszym naciskiem zdwoi┼é wysi┼éki. Nadszed┼é 13 pa┼║dziernika. Ranek min─ů┼é bez ┼╝adnych wie┼Ťci. „D┼éugi” zwyk┼é zjawia─ç si─Ö w po┼éudnie i o 5-ej. Postanowili┼Ťmy z┼éo┼╝y─ç mu ultimatum w wypadku gdyby przyszed┼é z niczym – damy sobie rad─Ö bez niego. Przyjecha┼é gdy ko┼äczyli┼Ťmy obiad. Zwa┼╝ywszy ┼╝e nie mia┼é okular├│w na nosie (zwyk┼é je zdejmowa─ç w rzadkich chwilach o┼╝ywienia), wiadomo┼Ťci musia┼éy by─ç niecodzienne. Wed┼éug doniesie┼ä ogrodnika, Fuldner wr├│ci┼é w┼éa┼Ťnie z dwoma go┼Ť─çmi z objazdu swoich rozleg┼éych d├│br. Pono─ç jakie┼Ť grube ryby z Krakowa. Byli na obiedzie i maj─ů nocowa─ç u Fuldnera. Nie by┼éo si─Ö nad czym zastanawia─ç, um├│wiono miejsce i godzin─Ö spotkania z „D┼éugim”.

S┼éo┼äce zachodzi┼éo, gdy stan─Öli┼Ťmy na kraw─Ödzi lasu. Domu Fuldnera nie by┼éo wida─ç, otoczony by┼é bowiem du┼╝ym parkiem. Od parku dzieli┼éo nas 10 minut marszu przez rzadko zabudowane osiedle robotnicze, tory i szosy. Jedynym nieprzyjemnym szczeg├│┼éem by┼é posterunek Bahnschutzu, po┼éo┼╝ony w pobli┼╝u. Kompania ┼╝andarmerii, stoj─ůca w ┼Ťrodku miasta, odleg┼éa o kilometr, nie by┼éa niebezpieczna. „D┼éugi” nie da┼é na siebie d┼éugo czeka─ç, zjawi┼é si─Ö, nios─ůc pod pach─ů du┼╝─ů paczk─Ö. Ku naszemu zdziwieniu wydoby┼é z niej mundur oficera niemieckiego i kapelusz tyrolski. Powi─Öksza┼éo to ogromnie szanse wtargni─Öcia do domu Fuldnera bez wszczynania niepotrzebnego ha┼éasu. Mundur wy┼Ťmienicie le┼╝a┼é na „Fredrze”. Ja, w uznaniu mojej znajomo┼Ťci niemieckiego, otrzyma┼éem kapelusz. „Jod┼éa” da┼é mi sw├│j zielony p┼éaszcz, zdaje si─Ö, do z┼éudzenia przypomina┼éem Volksdeutsch’a.

Zmrok zapada┼é szybko. Nie mo┼╝na by┼éo jednak rozpoczyna─ç ┼╝adnej akcji przed nastaniem ciemno┼Ťci. Postanowi┼éem p├│j┼Ť─ç z „D┼éugim” w kierunku siedziby Fuldnera, by zorientowa─ç si─Ö nieco w drodze i┬áprzej┼Ťciu przez tory. Reszta mia┼éa czeka─ç ukryta w lesie. Po kilku minutach doszli┼Ťmy do szosy. Panowa┼é du┼╝y ruch. Robotnicy na rowerach wracali z pracy. Min─ů┼é nas patrol ┼╝andarmerii. Z daleka obejrza┼éem bram─Ö wiod─ůc─ů do ogrodu i wypyta┼éem „D┼éugiego” o wszelkie szczeg├│┼éy, mog─ůce mie─ç dla nas pewne znaczenie. Po niespe┼éna godzinie byli┼Ťmy z powrotem. Czekali┼Ťmy ju┼╝ tylko na Ja┼Ťka, specjalist─Ö od przecinania drut├│w telefonicznych. Zjawi┼é si─Ö niebawem, nale┼╝a┼éo rusza─ç.

Skr─Öcili┼Ťmy w alej─Ö wiod─ůc─ů wzd┼éu┼╝ ogrodzenia. Jasiek szed┼é pierwszy. Bia┼éo pomalowana brama wjazdowa pocz─Ö┼éa wy┼éania─ç si─Ö z ciemno┼Ťci. By┼éa otwarta. Jasiek przystan─ů┼é i ruchem r─Öki wskaza┼é na wysoki s┼éup telefoniczny, stoj─ůcy opodal, po czym zacz─ů┼é wyci─ůga─ç przybory ze swojej torby. Powoli, jak gdyby opieszale, przywi─ůzawszy s┼éupo┼éazy do but├│w. „Jod┼éa” dawa┼é mu ostatnie instrukcje: – jak ma alarmowa─ç, w jakim wypadku i gdzie ma na nas czeka─ç.

„Oni mnie b─Öd─ů uczy─ç – my┼Ťla┼é Jasiek. – Lepiej by dali jak─ů┼Ť robot─Ö, nie to ci─ůg┼ée przecinanie drut├│w”. Gdzie tylko trzeba jakie┼Ť druty przeci─ů─ç, zaraz go wo┼éaj─ů: „Masz bracie gwizdek, w najlepszym razie jeden granat, i w┼éa┼║ na s┼éup”. A to wszystko przez to, ┼╝e ojciec pracuje na poczcie. W dzie┼ä naprawia druty, kt├│re on, Jasiek, przecina w nocy. Stary klnie, bo w ostatnich czasach roboty si─Ö namno┼╝y┼éo. Jasiek klnie, bo mu ta robota nie w smak. Zapi─ů┼é drugi s┼éupo┼éaz i powoli, szeroko rozstawiaj─ůc nogi, ruszy┼é w kierunku s┼éupa. Jod┼éa poci─ůgn─ů┼é mnie za r─Ök─Ö – weszli┼Ťmy w bram─Ö. Zrobi┼éo si─Ö wilgotno i┬áznacznie ciemniej.

Ksi─Ö┼╝yc ledwo prze┼Ťwieca┼é przez konary drzew i g─Öste krzaki. Byle tylko str├│┼╝ si─Ö nie na p─Öta┼é, my┼Ťla┼éem, jak gdyby to by┼éa wyprawa po cudze jab┼éka. Aleja skr─Öca┼éa du┼╝ym ┼éukiem i w dali ko┼äczy┼éa si─Ö czym┼Ť w rodzaju dziury wybitej w ciemno┼Ťci. Przed nami sta┼é dom, o┼Ťwietlony ksi─Ö┼╝ycem; wygl─ůda┼é strasznie bia┼éy, jak trup. Panowa┼éa niezm─ůcona cisza, z dala tylko dolatywa┼éo dudnienie poci─ůgu.

– Musimy obej┼Ť─ç dooko┼éa, – szepn─ů┼é „Fredro”, – wej┼Ťcie kuchenne jest z tamtej strony.

Przypomnia┼éem sobie, ┼╝e rzeczywi┼Ťcie „D┼éugi” m├│wi┼é o wej┼Ťciu kuchennym jako odpowiednim dla takich go┼Ťci jak my. Ruszyli┼Ťmy. Cicho, na palcach, posuwaj─ůc si─Ö pod domem. W jednym oknie pali┼éo si─Ö ┼Ťwiat┼éo, wida─ç je by┼éo przez szczelin─Ö w okiennicy. Byli┼Ťmy u w─Ög┼éa. Wychyli┼éem si─Ö i ujrza┼éem o┬ádziesi─Ö─ç krok├│w otwarte drzwi. Szeroka smuga ┼Ťwiat┼éa k┼éad┼éa si─Ö daleko, a┼╝ na trawnik. Pod murem, trzymaj─ůc si─Ö cienia, podeszli┼Ťmy bli┼╝ej. „Fredro” pierwszy, ja za nim.

– No, ruszaj, lajtnant! – tr─ůci┼éem go ┼éokciem.

Poprawi┼é czapk─Ö, pas i powolnym krokiem wszed┼é na cztery stopnie schod├│w. Zapuka┼é w szyb─Ö. Stoj─ůc tu┼╝ za nim widzia┼éem jasno o┼Ťwietlony korytarz, na ko┼äcu jak─ů┼Ť wielk─ů ro┼Ťlin─Ö – zdaje si─Ö palm─Ö. „Fredro” zapuka┼é po raz drugi – otworzy┼éy si─Ö drzwi z prawej strony. Ukaza┼éa si─Ö czarno ubrana kobieta w bia┼éym fartuchu. Podesz┼éa bli┼╝ej, rozpoznaj─ůc niemiecki mundur. Drzwi skrzypn─Ö┼éy, a ona – u┼Ťmiechni─Öta – ruchem r─Öki zaprasza┼éa nas do wn─Ötrza.

– Was w├╝nschen Sie?┬á(czego panowie sobie ┼╝ycz─ů)

Weszli┼Ťmy wszyscy, jeden po drugim. Pami─Ötam zdziwiony wzrok i widz─Ö jeszcze jej bledn─ůcy u┼Ťmiech. Cofn─Ö┼éa si─Ö o dwa kroki. Czy┼╝by mundur niemieckiego oficera i m├│j tyrolski kapelusz sko┼äczy┼éy ju┼╝ swoj─ů rol─Ö?! By─ç mo┼╝e, twarze nie wr├│┼╝y┼éy nic dobrego, cho─ç s┼éowo jeszcze nie pad┼éo. Bior─ůc j─ů za r─Ök─Ö, spyta┼éem, czy jest Niemk─ů. Skin─Ö┼éa g┼éow─ů. Mia┼éem do niej wielk─ů pro┼Ťb─Ö. Nie potrzebuje si─Ö niczego obawia─ç, byle tylko by┼éa cicho. Wydawa┼éa si─Ö by─ç rozs─ůdna, zreszt─ů zrozumia┼éa ju┼╝ wszystko.

– Fuldner w domu? – spyta┼éem.

– Tak, ma nawet go┼Ťci, przyjecha┼éo dw├│ch pan├│w z Krakowa.

– Kto poza tym jest w domu?

– Syn, kucharka, szofer i ja – nikogo wi─Öcej. Frau Fuldner pojecha┼éa do Rozwadowa, powinna zaraz wr├│ci─ç. Pan Fuldner jest w salonie z go┼Ť─çmi, ostatnie drzwi na lewo w g┼é─Öbi korytarza, reszta w kuchni.

– Czy jest drugie wej┼Ťcie do tego salonu?

– Owszem, t─Ödy – wskaza┼éa r─Ök─ů.

– Trzeba przej┼Ť─ç przez dwa pokoje.

W tej chwili, w drzwiach wiod─ůcych do kuchni stan─ů┼é ch┼éopiec, ma┼éy, gruby blondas. Tyrolskie ubranko z rogowych guzikami i bia┼ée skarpetki z pomponami. Widzia┼éem takich, jak kamieniami ok┼éadali polskie dzieci w Warszawie. Tyrolczyk wida─ç zauwa┼╝y┼é, ┼╝e ka┼╝dy z nas trzyma┼é bro┼ä. B┼éyskawicznym ruchem ci─Ö┼╝ka ┼éapa „Albina” zd┼éawi┼éa krzyk.

Czasu do tracenia nie by┼éo. Spojrzeniami rozdzielili┼Ťmy role. „Jod┼éa” znikn─ů┼é w kuchni, popchn─ů┼éem za nim s┼éu┼╝─ůc─ů. Albin wci─ůgn─ů┼é malca do pokoju po przeciwnej stronie korytarza. Z „Fredr─ů” ruszyli┼Ťmy do salonu. Z trzaskiem otwar┼éy si─Ö drzwi.

– H├Ąnde hoch! – „Fredro” stan─ů┼é z wyci─ůgni─Ötym „visem”.

Jednym spojrzeniem ogarn─ů┼éem pok├│j. Panowa┼é p├│┼émrok. W rogu przy stole, o┼Ťwietlonym stoj─ůc─ů lamp─ů, siedzia┼éo trzech m─Ö┼╝czyzn. Przed nimi stosy papier├│w i porozk┼éadane mapy. Trzy g┼éowy jednocze┼Ťnie odwr├│ci┼éy si─Ö w nasz─ů stron─Ö.

– H├Ąnde hoch! – rykn─ů┼é „Fredro” ju┼╝ po raz drugi.

Oni jak gdyby nie wierzyli. ┼Ürodkowy, uprzednio siedz─ůcy ty┼éem, powoli zaczyna┼é unosi─ç si─Ö z fotela. Nie dawa┼é wiary w┼éasnym oczom. Na co ten oficer sobie pozwala? R─Öce jednak same sz┼éy w g├│r─Ö, a┬ácygaro pad┼éo na puszysty dywan.

„Fredro” sta┼é na ┼Ťrodku pokoju z wymierzonym „visem”. Tamci dwaj ju┼╝ si─Ö wyci─ůgn─Öli jak struny. Zapali┼éem g├│rne ┼Ťwiat┼éo. Telefon na biurku – niepotrzebna ostro┼╝no┼Ť─ç, ale jedno szarpni─Öcie i by┼éo po nim. Podszed┼éem do Fuldnera:

– Masz bro┼ä?

Ma. Wyci─ůgn─ů┼éem mu z kieszeni male┼äk─ů sz├│stk─Ö.

– Wida─ç czujesz si─Ö bezpiecznie, skoro tylko tak─ů nosisz?!

Przyzna┼é mi racj─Ö – dlaczeg├│┼╝ by nie mia┼é czu─ç si─Ö bezpiecznie? Spyta┼éem go o dokumenty. By┼éy w┬ábiurku i┬áportfelu. Ale pieni─Ödzy nie ma, zaznaczy┼é po┼Ťpiesznie.

– Psu na buty twoje pieni─ůdze!

Zabra┼éem si─Ö do opr├│┼╝niania warto┼Ťci dw├│ch szuflad, gdy nagle z wrzaskiem wpad┼é do pokoju malec, kt├│ry wyswobodziwszy si─Ö widocznie z u┼Ťcisku „Albina”, schowa┼é si─Ö pod fotel, za ojca. Rycza┼é jak obdzierany ze sk├│ry. Kaza┼éem ojcu go uspokoi─ç. Po chwili osi─ůgn─Ö┼éo to pewien skutek.

Trzej Niemcy, na rozkaz, pokornie u┼éo┼╝yli si─Ö na pod┼éodze, twarzami zwr├│ceni do ziemi, r─Öce wyci─ůgni─Öte. Tymczasem w pokoju zgromadzili si─Ö ju┼╝ wszyscy. „Jod┼éa” przyprowadzi┼é ca┼ée towarzystwo z kuchni. Stoj─ůc w rogu pokoju, zbici w ma┼é─ů gromadk─Ö, wygl─ůdali bardzo wystraszeni.

Wyci─ůgn─ů┼éem z kieszeni plik wyrok├│w, wypisanych po niemiecku. Powoli zacz─ů┼éem czyta─ç. Zrobi┼éo si─Ö zupe┼énie cicho. S┼éysza┼éem tylko ci─Ö┼╝ki oddech Fuldnera i m├│j w┼éasny, jako┼Ť dziwnie brzmi─ůcy g┼éos. Pomimo wszystko nie przywyk┼éem do tej roli. W pewnej chwili Fuldner mi przerwa┼é.

– Ich bin nicht schuldig, ich bin nicht schuldig (nie jestem winien) – be┼ékota┼é.

Zwróciłem mu uwagę, że nie pora teraz o tym dyskutować. Zamilkł.

Bez s┼éowa wys┼éucha┼é litanii swoich zbrodni oraz wyroku, g┼éow─Ö tylko g┼é─Öbiej wci─ůgn─ůwszy w ramiona.

Dwum pozosta┼éym Niemcom o┼Ťwiadczy┼éem, ┼╝e nie maj─ů si─Ö czego obawia─ç, ┼╝e nic im si─Ö nie stanie. Obaj podnie┼Ťli zdziwiony wzrok – nie dowierzali moim s┼éowom: ju┼╝ si─Ö ┼╝egnali z tym ┼Ťwiatem. Doda┼éem, ┼╝e maj─ů zawiadomi─ç policj─Ö nie wcze┼Ťniej ni┼╝ w p├│┼é godziny po naszym wyj┼Ťciu. Oddadz─ů jej jedn─ů kopi─Ö wyroku. Niech powiedz─ů r├│wnie┼╝, ┼╝e Polacy dzia┼éaj─ů w my┼Ťl sprawiedliwo┼Ťci. Najlepszym tego dowodem, ┼╝e b─Öd─ů ┼╝yli. Je┼╝eli musimy odwo┼éywa─ç si─Ö do odwetu na kobietach i┬ádzieciach, to dlatego, ┼╝e nie ma innej rady. Mo┼╝e to Niemc├│w powstrzyma od mordowania naszych – m├│wi┼éem.

„Albin” i „Jod┼éa” stali w zamy┼Ťleniu. Fredro ogl─ůda┼é pistolet. Nale┼╝a┼éo ju┼╝ ko┼äczy─ç. Rzut oka na zegarek przekona┼é mnie, ┼╝e byli┼Ťmy w tym domu oko┼éo kwadransa. Us┼éysza┼éem trzask kurka. „Fredro”, powoli jak gdyby na zwolnionym filmie, podnosi┼é r─Ök─Ö do g├│ry. G┼éowa Fuldnera schowa┼éa si─Ö ca┼ékiem mi─Ödzy ramiona, twarzy nie mo┼╝na by┼éo dostrzec, palce kurczowo wpija┼éy si─Ö w mi─Ökki dywan.

Hukn─ů┼é strza┼é. Krew bryzn─Ö┼éa niemal na moj─ů wysoko┼Ť─ç. Odpowiedzia┼éy mu dwa inne, zlane niemal w┬ájeden. To „Albin” posy┼éa┼é syna w ┼Ťlad za ojcem. Szyby zadzwoni┼éy w oknach.

Wybiegli┼Ťmy z domu, ci─ůgn─ůc za sob─ů przera┼╝onego szofera. W gara┼╝u sta┼éy dwa samochody, Mercedes Fuldnera i drugi, owych Niemc├│w z Krakowa. Okaza┼éo si─Ö jednak, ┼╝e nie ma kluczy od Mercedesa. Fuldner je zabra┼é. Trzeba by┼éo rozpala─ç motor (na gaz drzewny) drugiego samochodu. Mieli┼Ťmy troch─Ö czasu – nale┼╝a┼éo wtedy doczeka─ç si─Ö przyjazdu Frau Fuldner. Z szoferem wypchn─ů┼éem samoch├│d przed gara┼╝. Zapalili┼Ťmy gaz. P┼éomie┼ä buchn─ů┼é a┼╝ zrobi┼éo si─Ö jasno. Po kilku minutach mo┼╝na by┼éo zapu┼Ťci─ç motor. Szofer udzieli┼é mj wskaz├│wek, jak obchodzi─ç si─Ö z gazem. Najwa┼╝niejsze, ┼╝eby motor nie wystyg┼é – wtenczas trzeba rozpala─ç na nowo. Bez ┼Ťwiate┼é, powoli ruszy┼éem w┬ákierunku bramy. Na zakr─Öcie „Jod┼éa” o ma┼éo nie wpad┼é na mask─Ö. Skr─Öci┼éem w bok i┬áwyskoczy┼éem z┬ásamochodu.

– Co┼Ť jedzie od Rozwadowa!

Pobiegli┼Ťmy razem. Z dala dojrza┼éem stoj─ůcy ju┼╝ pow├│z. S┼éycha─ç by┼éo parskanie koni. „Fredro” i „Albin” prowadzili Frau Fuldner pod r─Ök─Ö. Os┼éupia┼éa i nie rozumia┼éa, o co chodzi. W kr├│tkich s┼éowach powt├│rzyli┼Ťmy jej tre┼Ť─ç wyroku.

– M├│j m─ů┼╝ jest winien – to nie ja!

Dwa strza┼éy zag┼éuszy┼éy krzyk. Trupa przeniesiono z drogi na traw─Ö. P─Ödem wr├│ci┼éem do samochodu. Motor zgas┼é, o rozpalaniu nie by┼éo mowy. Po strza┼éach na dworze policja mog┼éa by─ç w ka┼╝dej chwili. W┬ánajlepszym razie Bahnschutz, kt├│rego posterunek znajdowa┼é si─Ö opodal ogrodu. Nie by┼éo si─Ö co namy┼Ťla─ç.

„Jod┼éa” wskoczy┼é na kozio┼é, my – do powozu. Konie ruszy┼éy galopem. Byle tylko przejecha─ç tory. Na szcz─Ö┼Ťcie by┼éy wolne. Gnali┼Ťmy wzd┼éu┼╝ szeregu domk├│w robotniczych. Czer┼ä lasu zbli┼╝a┼éa si─Ö coraz bardziej. Na skraju zatrzymali┼Ťmy si─Ö na chwil─Ö. Jasiek wysiad┼é, mia┼é st─ůd blisko do domu. Kr├│tki u┼Ťcisk r─Öki, i „Jod┼éa” zaci─ů┼é konie. Ogarn─Ö┼éa nas ciemno┼Ť─ç. Z ty┼éu za nami niebo roz┼Ťwietla┼éo si─Ö jedn─ů, drug─ů rakiet─ů. Jechali┼Ťmy d┼éugo – mo┼╝e godzin─Ö, nikt nie wym├│wi┼é s┼éowa.

Wyrok na Martina Fuldnera i jego rodzinie nie przeszedł bez echa, wkrótce Niemcy w odwecie rozstrzelali w egzekucji 25 polskich więźniów w pobliżu charzewickiego dworku.

cdn…

Aleksander Łempicki ps. "Łukomski" ze Zgrupowania Partyzanckiego "Ponurego". Zdjęcie z 1979 r. (foto: biega.com)

Aleksander ┼üempicki ps. „┼üukomski” ze Zgrupowania Partyzanckiego „Ponurego”. Zdj─Öcie z 1979 r. (foto: biega.com)

MW/Fundacja KEDYW

Bibliografia: Archiwum Muzeum Kierownictwa Dywersji Armii Krajowej (w organizacj), Tygodnik Wiadomo┼Ťci 28 wrze┼Ťnia 1947 r.

Dodaj komentarz

Tw├│j adres email nie zostanie opublikowany. Pola, kt├│rych wype┼énienie jest wymagane, s─ů oznaczone symbolem *