W sierpniu ’42 Niemcy uruchomili obóz pracy dla Żydów w Rozwadowie

Klatka z filmu „Niemiecki obóz pracy w Rozwadowie” produkcji Fundacji KEDYW / Muzeum Kedywu.

77 lat temu w Rozwadowie, dzisiejszej dzielnicy Stalowej Woli – rozpoczął działalność Niemiecki obóz pracy przymusowej. Niemiecki „Arbeitslager” został stworzony dla Żydów, których Niemcy wykorzystywali do pracy w okupowanych Zakładach Południowych (COP) w Stalowej Woli, przemianowanych wówczas przez niemieckiego okupanta na „Hermann Göring Stahlwerke – Werke Stalowa Wola”.

W 1939 r. po zajęciu przez Niemców Stalowej Woli i Rozwadowa, ale jeszcze zanim rozpoczęto masowe wywożenie ludności żydowskiej i ich eksterminację, niemiecki plan zakładał wysiedlenie rozwadowskich Żydów do strefy sowieckiej, czyli za rzekę San. Podobnie też było w miejscowościach wzdłuż rzeki na południe od Rozwadowa. W październiku 1939 r. Niemcy rozpoczęli akcję wypędzania Żydów, w ten sposób większość Żydów opuściła Rozwadów i znalazła się po drugiej stronie Sanu. Starszych, chorych i nie mogących poruszać się o własnych siłach, Niemcy wymordowali.

Ze zbiegiem czasu gdy granica Generalnej Guberni przesunęła się na wschód, niektórzy Żydzi zaczęli powracać do Rozwadowa. Jak się później okazało, decyzja o powrocie do Rozwadowa dla prawie wszystkich była błędem. Spora większość, która nie powróciła zdołała wojnę przeżyć, ci którzy jednak powrócili latem 1942 r. zostali wywiezieni do obozów lub wymordowani.

„Ostateczne rozwiązanie”

W lipcu 1942 r. Hitler przystąpił do realizacji swojego planu „ostatecznego rozwiązania” kwestii żydowskiej na całym terenie Generalnej Guberni. Plan objął również Rozwadów. Taj jak w 1939 roku, końcem lipca 1942 r. Niemcy zwołali na Rynek wszystkich Żydów, tym razem nie było już możliwości ucieczki za San. Wszyscy dorośli, dzieci i mogący poruszać się o własnych siłach zostali wywiezieni do obozów, starszych i chorych dobijano na miejscu i pochowano w zbiorowej mogile za stacją kolejową przy cmentarzu żydowskim. Po tej akcji Niemców, nie było już Żydów w Rozwadowie.


Czytaj więcej: Lipiec ’44 – „Ostateczne rozwiązanie” kwestii żydowskiej w Rozwadowie


Żydzi niewolnicy

Choć po morderczej akcji w lipcu 1942 r. nie było już w Rozwadowie Żydów, to wkrótce pojawili się w ich miejsce nowi. Nie przybywali oni tutaj jednak na własne życzenie. Nowi Żydzi byli niewolnikami i Niemcy przywozili ich do niewolniczej pracy jaką mieli wykonywać w okupowanych zakładach zbrojeniowych przedwojennych Zakładów Południowych (COP), przemianowanych na wspomniany „Hermann Göring Stahlwerke – Werke Stalowa Wola”.

Pierwszy transport Żydów do pracy przymusowej przybył do Rozwadowa końcem sierpnia 1942 r. Było to około 60-70 osób z Sieniawy i okolic Jarosławia. Kilka dni po pierwszym transporcie przybył kolejny, tym razem dużo większy liczący około 600 osób. Drugi transport przyjechał z podkrakowskiej Wieliczki gdzie Niemcy zlikwidowali getto.

Arbeitslager w Rozwadowie

Dla przywożonych do przymusowej pracy Żydów w Zakładach, powstał specjalny obóz, który ulokowano w Rozwadowie na tzw. „górce” (dzisiejszy zbieg ulic Górka, Piaskowa, Okrężna). Rozwadowski obóz Niemcy nazwali „Lager Prinz Eugen” prawdopodobnie na cześć zwycięskiego dowódcy cesarskiej armii austriackiej, generała księcia Eugeniusza Sabaudzkiego. Pierwsze baraki tego obozu Niemcy postawili na „górce” latem 1941 r. wykorzystując do tego lokalnych „Junaków”. Obóz, a raczej kilka baraków początkowo służyły Niemcom, dopiero w sierpniu 1942 r. zostały całkowicie przeznaczone dla przywożonych do pracy Żydów. Do momentu pojawienia się pierwszego transportu więźniów obóz pozostał w stanie nieukończonym, dopiero pierwsi przywiezieni do obozu Żydzi dostali za zadanie dokończenie dalszych baraków i wykończenia ich wnętrza. Pierwszy dzień w obozie zrelacjonował po wojnie jeden z najsłynniejszych jego więźniów zagorzały komunista, pisarz i poeta Henryk Vogler. Tak wspominał ten pierwszy dzień przybycia do obozu:

” Na miejscu wyładowania transportu czekali już ludzie w brązowo-czarnych mundurach. Żołnierze ci, którzy mieli odtąd stanowić naszą straż i związać się dotkliwie z przyszłym życiem obozowym, nie byli Niemcami. W rekach Niemców spoczywało naczelne dowództwo obozu, szeregowcy zaś wykonujący codzienną służbę byli przeważnie Ukraińcami. Niektórzy rekrutowali się spośród autochtonicznej ludności dawnych wschodnich terenów Rzeczpospolitej. Resztę stanowili żołnierze z oddziałów Własowa. Część z nich po dostaniu się do niewoli przechodziła na stronę wroga. Ci, aby się wykupić, służyli faszyzmowi ze zdwojoną gorliwością. Otrzymali u nas nazwę „Czarni”.

Ale to wszystko, i wiele innych rzeczy, odsłaniać się miało przed nami z wolna i dopiero później. W pierwszej chwili po opuszczeniu wagonu nie byłem zdolny do pobieżnego choćby orientowania się w sytuacji. Zaledwie bowiem zdążyliśmy dotknąć stopami gruntu stacji, czekający oddział strażników podciął nas natychmiast okrzykami i pchnięciami kolb do pędu. Ustawieni, jak wspomniałem przed chwilą, błyskawicznie w szyku, biegliśmy ścieżką przez pola i nie widziało się niczego prócz gładkiej zieleni łąk i znajdującego się w oddali lasu. Obładowani ciężkimi plecakami i tobołkami, a nawet dźwigając w dłoniach walizki z zawartością, która zbiera się zwykle w wielką podróż, nie potrafiliśmy poruszać się w narzuconym tempie. Musiałem dla odciążenia wyrzucać w biegu z plecaka kolejne przedmioty, jak balast z unoszącego się w górę balonu. Inni porzucali na drodze nawet cały swój obfity bagaż, aby tylko nie pozostać w tyle, gdyż na maruderów czekały już gotowe do strzału karabiny.

Na szczęście odległość, jaką należało przebyć, nie była zbyt duża. Toteż prawie wszystkim udało się dotrzeć do miejsca przeznaczenia, tyle że ze znacznie uszczuplonym mieniem.

Miejsce, do którego dotarliśmy, sprawiało  pierwszej chwili niejasne wrażenie jakiegoś niesamowitego, egzotycznego pustkowia, wydzielonego kawałka obcej planety widywanej dotąd tylko w męczących snach. Jej grunt stanowiła gładka ziemia pozbawiona trawy i zieleni, o geometrycznych wymiaru kwadratu, którego boki zamknięte były drutami kolczastymi rozpiętymi na wysokich palach. Teren był prawie nie zabudowany. Tylko w dwóch, trzech punktach widać było ślady rozpoczętej roboty, stosy desek czy sklecone z tych desek prowizoryczne konstrukcje. Przy nich poruszało się kilka postaci zajętych nie określonymi bliżej czynnościami.

Kiedy wchodziłem do wnętrza tego kwadratu, doznałem nagłego skurczu mięśnia sercowego. Przekraczając bramę odczułem wprost fizycznie trwogę przed odmianą, którą przybierała w tym momencie moja egzystencja. Miała ona odtąd posiadać formy dziwne, nie znane jeszcze na naszej planecie. (…)

Obóz w Rozwadowie nie był ściśle biorąc obozem koncentracyjnym. Należał do kategorii określonej urzędowo nazwą „obóz pracy”, „Arbeitslager”. Jeżeliby ktoś chciał się bawić w subtelności i wyszukiwać różnice pomiędzy tymi dwoma typami, to mógłby przyjąć, że w obozie pracy koszarowano więźniów kierowanych do konkretnych robót przeważnie w fabrykach i zakładach przemysłowych, w odróżnieniu od klasycznych „kacetów”, gdzie nie używano tego pretekstu. Poza tym reguły gry były bardzo podobne, jeżeli nie identyczne.

Przypadek transportu z Wieliczki był nieco odrębny. Właśnie nam przyszło rozpocząć budowę obozu w Rozwadowie, byliśmy jego pierwszymi lokatorami, jak pierwsi ludzie na księżycu. Zresztą staliśmy się także ostatnimi, zagłada tego obozu stała się równocześnie zagładą przeważającej większości jego mieszkańców. Tych kilku więźniów, których ujrzeliśmy przy wkraczaniu na teren przyszłego obozu, dostawionych zostało kilka dni wcześniej z leżącej nad Sanem, choć w pewnej odległości na wschód Sieniawy.

Wraz z nimi przystąpiliśmy na drugi dzień po przybyciu do wypełnienia pierwszych rozkazów. Dotyczyły one wzniesienia na pustej przestrzeni drewnianych baraków obozowych. Nosiłem listwy i belki, zbijałem deski gwoździami, wspinałem się w górę, aby umocować krokwie. Nie miałem prawdzie pojęcia o zasadach tej sztuki, podobnie jak większość towarzyszy, ale dozorujący żołnierze pokrzykiwali zbyt znacząco w swoim ojczystym języku ukraińskim, aby miało się czas na zastanawianie się nad własną niemożnością.

Wkrótce baraki były ustawione. Do nas należało także wykonanie ich umeblowania. Na szczęście było ono nieskomplikowane. Całe urządzenie stanowiły drewniane dwukondygnacyjne prycze z gołymi deskami. Później dopiero przybyły sienniki i koce. …(…)”

Pierwsze dni w rozwadowskim obozie zrelacjonował także po wojnie inny więzień pochodzący z transportu z Wieliczki – Julian Flaszer. O to jego wspomnienie z pierwszego dnia w obozie w Rozwadowie:

„Zostaliśmy wprowadzeni na teren kilku baraków drewnianych, stojących na zalesionym wzgórzu, gdzie resztę dnia 1 września 1942 roku przebywaliśmy pod gołym niebem za drutami kolczastymi. (…) Przemówił morderca obozowy scharfuhrer Schwammberger (komendant obozu przyp. red.): „Każdy ma w przeciągu pięciu minut złożyć do tych oto koszy i skrzyń wszelkie przedmioty wartościowe oraz pieniądze, pozostawiając sobie jedynie złotych 25 na osobę, w przeciwnym razie odbędzie „krótką drogę”. Wskazał przy tym, trzymanym w ręku, gotowym do strzału pistoletem cmentarz, który jest od owego miejsca oddalony zaledwie 100 kroków (…)”

W tle baraki obozu pracy dla Żydów w Rozwadowie. Widok z Cmentarza Parafialnego. (fot. Zbiory Karola Karbarza)

Przydzielono ludzi do najpotworniejszej roboty, nigdy nikomu przydać się nie mogącej, np. do przerzucania kamieni dolomitowych z miejsca na miejsce, albo też kopania dołów, zasypywania ich i wyrównywania ich z powrotem (…) Były też inne roboty, które dzięki swemu rodzajowi powodowały częste kalectwa, a to tym bardziej, że adwokaci, lekarze, względnie fryzjerzy, aż do czasu podjęcia tych robót nigdy nie mieli nic wspólnego z pracami w hucie stalowej, ziejącej lawiną roztopionego metalu, syczącej łoskotem przeróżnych maszyn i suwnic. – wspominał Flajszer.


Czytaj więcej: Kat rozwadowskich Żydów Josef Schwammberger


Tak jak w innych niemieckich obozach na terenie okupowanej Polski, w rozwadowskim „Lager Prinz Eugen” panował wszechobecny terror i wyzysk ludności żydowskiej. Niewolniczą pracę więźniowie odbywali w morderczych maratonach często zaledwie tylko o jednej misce zupy, kromce chleba i jednym kubku kawy dziennie. Za najdrobniejsze przewinienia więźniów zabijano i chowano w dołach wokół obozu.

Obóz w Rozwadowie dla wielu był końcem życiowej drogi, a dla kilku którzy zdołali przeżyć jego piekło był tylko chwilowym miejscem na ich długiej drodze morderczej pracy dla III Rzeszy, bo po zaledwie trzech miesiącach działalności obozu w Rozwadowie, Niemcy zdecydowali przenieść obóz na teren okupowanych Zakładów Południowych do Stalowej Woli. Odbyło się to prawdopodobnie ze względów ekonomicznych. Rozwadowski obóz w swoim szczycie liczył około 1.200 więźniów. Ilu się przez niego przewinęło Żydów nie wiadomo. Nie wiadomo także ilu dokładnie zamordowywano. Według Henryka Voglera gdy przenoszono obóz do Stalowej Woli zostało przy życiu tylko około 460 osób, wśród których było zaledwie 350 zdolnych do pracy. Grupa licząca około 110 osób niezdolnych została w ostatni dzień rozstrzelana i zakopana w nieznanym do dziś miejscu na dzisiejszym osiedlu „Młodynie”. Z tej ostatniej grupy przeżyła jedynie jedna osoba. Ranny w ramię mężczyzna uznany za martwego został zakopany z rozstrzelanymi, ale dzięki temu, że został zakopany na samej górze, po odejściu Niemców wygrzebał się z dołu i zdołał przeżyć.

Pamiątkowy krzyż

W miejscu gdzie podczas wojny stał niemiecki obóz na rozwadowskiej „górce” stoi dziś krzyż upamiętniający miejsce gdzie stał niemiecki obóz. Niestety ze względu na brak tabliczki opisującej to miejsce, nie wielu mieszkańców Stalowej Woli dziś wie dlaczego on tam się znajduje. Niewielu szczególnie młodego pokolenia wie, że w tym miejscu niegdyś stał obóz niewolniczej pracy postawiony przez niemieckiego okupanta i gdzie życie straciło setki istot ludzkich.

Krzyż upamiętniający niemiecki obóz pracy i jego ofiary przy ul. Górka i ul. Piaskowej w Stalowej Woli – Rozwadowie. (fot. Fundacja KEDYW)

Cześć Pamięci Pomordowanym!

MW / MKDAK / Fundacja KEDYW

Bibliografia: Archiwum Muzeum Kierownictwa Dywersji Armii Krajowej (w organizacji). Henryk Vogler, „Autoportret z Pamięci” cz. II, Nachman Blumental „Dokument i Materiały Tom. I Obozy”, Tadeusz Kowalski, „Obozy Hitlerowskie w Polsce południowo-wschodniej”.

© COPYRIGHT 2016-2019 Fundacja KEDYW. Wszelkie Prawa zastrzeżone. Kopiowanie tekstów, zdjęć lub filmów bez zgody Fundacji KEDYW zabronione!


Pierwsze w Polsce Muzeum Kedywu – elitarnego pionu dywersyjnego Armii Krajowej powstaje z inicjatywy Fundacji KEDYW. Nasza działalność opiera się na wolontariacie i darowiznach ludzi dobrej woli. Bez twojego wsparcia nie osiągniemy celu! WESPRZYJ NAS!

Wesprzyj i zostań Patronem Muzeum Kedywu poprzez serwis Patronite:


Lub przelewem bankowym na konto:

Konto bankowe: SANBank Nadsański Bank Spółdzielczy
Nr konta: 05 9430 0006 0046 7597 2000 0001
KOD SWIFT: POLUPLPR
Lub bezpiecznie kartą płatniczą przez system płatności PayPal